Na wioskach śpiewają o nim piosenki. Wywiad z Marcinem Wroną – Motocyklem WSK 125 na Nordkapp

Dzisiaj obchodzimy Dzień Włóczykija, enigmatycznego bohatera opowieści o Muminkach autorstwa fińskiej pisarki Tove Jansson. Włóczykij, najlepszy przyjaciel Muminka, to niestrudzony wędrowiec, łowca przygód i gawędziarz, który robi to, co większość nastolatków wyrywających się z domu na pierwsze wakacje – siedzi w namiocie, lekceważy zakazy i pali fajki.

Jednakże postać Włóczykija to coś więcej. To symbol. Symbol podróży w nieznane i wolności, które tak często towarzyszą wyprawom motocyklowym. W ramach celebrowania tego dnia porozmawialiśmy z Marcinem Wroną – motocyklistą, który doskonale wpisuje się w postać bohatera fińskich opowieści o dziwacznych stworkach i to bynajmniej nie tylko dlatego, że podróżował po Skandynawii. Mając trochę grosza w portfelu i pośladki tak twarde, że można na nich kuć rozgrzaną stal (o tym za chwilę!), wyruszył w podróż na Nordkapp motocyklem WSK 125.

Z Marcinem porozmawiamy m.in. o tym, jak się przygotować do takiego wyjazdu, czy WSK 125 to dobry motocykl wyprawowy i czy w podróży czasem warto jednak posłuchać Czesława Mozila, który śpiewał “Trzymaj się Polaku z dala od rodaków…”.

Wiktor Karczewski: Cześć Marcin! Nie widzieliśmy się od kilku dobrych lat, kiedy to przygotowywałeś się do swojego wyjazdu. Zaczniemy z grubej rury. Powiedz mi, czy WSK 125 to najlepszy motocykl wyprawowy i dlaczego tak?

Marcin Wrona: Cześć! Nie wiem, czy najlepszy, ale na pewno ma cechy motocykla stworzonego do pokonywania długich dystansów. Prosta konstrukcja, możliwość samodzielnej naprawy w szczerym polu i wygodna pozycja za kierownicą, dzięki której kilka, a nawet kilkanaście godzin jazdy w ciągu jednego dnia nie męczą aż tak bardzo, jak mogłoby się wydawać.

Ktoś, kto nie za bardzo orientuje się w temacie, mógłby pomyśleć, że jadąc po kilkanaście godzin dziennie, to pewnie dojechałeś na Nordkapp w kilka dni.

— Ha! Jasne, w weekend. Cała podróż zajęła mi miesiąc. Przejechanie 8 tysięcy kilometrów motocyklem, którego realna prędkość przelotowa to 60-70 km/h trochę zajmuje. Po tych kilkudziesięciu dniach, jadąc tak naprawdę cały czas, tyłek staje się tak twardy, że można nim łupać orzechy. Gdy dojechałem do domu i przyszli kumple, to bardzo się dziwili, że w kanapie nie ma prawie wypełnienia. Jazda WSK-ą hartuje pewne partie ciała.

Zanim przejdziemy do samego wyjazdu, odpowiedz mi na jedno ważne pytanie. Jak do cholery przygotować się do takiej wyprawy? Już sam pomysł jest dość szalony, a co dopiero realizacja.

— Tutaj cię zaskoczę, bo przygotowania trwały dosłownie chwilę i nie były skomplikowane. Na długo przed wyjazdem WSK-a przeszła remont silnika, motocykl utrzymuję w stanie gotowym do jazdy przez cały rok. Więc tak naprawdę przygotowania obejmowały skompletowanie zapasowych części, narzędzi, sprzętu biwakowego i uzbierania odpowiedniej ilości kasy.

Co ze sobą zabrałeś?

Jeśli chodzi o narzędzia, to byłem gotowy na wszystko. Zestaw, który zabrałem, pozwalał mi na rozebranie motocykla do ostatniej śrubki. Przygotowałem się zarówno do wymiany żarówki, jak i rozpołowienia silnika. Z części zapasowych, to w sakwach znalazły się dwa komplety szprych, dętki z łatkami, łańcuszek sprzęgłowy, żarówki, świeca zapłonowa i tłok z dwoma czy trzema kompletami pierścieni. Na pokładzie nie mogło zabraknąć też smaru do łańcucha. Używałem go codziennie, a co dwa/trzy dni regulowałem naciąg napędu. Dzięki temu łańcuch wytrzymał całą trasę. Ba, jeżdżę na nim do dzisiaj.

Jak z awaryjnością WSK-i? Czy części zapasowe i narzędzia się przydały?

—I tak i nie. Przed wyjazdem byłem pewny motocykla. Jednocześnie wiem, jakie wady ma ta konstrukcja. Największym mankamentem silnika jest właśnie łańcuszek sprzęgłowy i sprzęgło. W przypadku tego pierwszego problem miałem już na Litwie, czyli na początku podróży. Łańcuszek postanowił wyrwać dziurę w deklu. Rozebrałem silnik, skułem go – tylko się rozpiął, a nie pękł, więc nie było potrzeby wymiany na nowy – i gotowe. Problemem pozostawała dziura w deklu, jednak zaraz napatoczyli się Litwini, którzy zaoferowali pomoc. A że byli w trakcie imprezy, to spędziłem z nimi dwa dni. Spec, który miał spawarkę i jako tako umiał się nią posługiwać, był trochę machnięty, więc nie jest to najładniejszy spaw na świecie. Najważniejsze jednak, że dekiel jest szczelny i służy mi do dzisiaj. Nie wygląda to najlepiej, ale to swojego rodzaju pamiątka z wyjazdu. Przydały się również szprychy. Gdzieś w Estonii pękło kilka sztuk w tylnym kole, mimo, że motocykl nie był bardzo obładowany. Szybka wymiana i dalej w drogę.

A czy czegoś ci zabrakło w twoim “mobilnym warsztacie”, o czymś zapomniałeś podczas przygotowań i byłeś zmuszony do prowizorki?

Tak. Raz przewrócił mi się motocykl i pękła klamka sprzęgła. Ale poradziłem sobie i z tym, przekładając dźwignię hamulca na lewą stronę. Nie było to do końca bezpieczne rozwiązanie problemu, ale doraźnie musiało wystarczyć. Podczas wywrotki, o której wspominałem, pękł również klosz reflektora. Miałem ze sobą kropelkę, pozbierałem wszystkie kawałki, skleiłem i jeżdżę tak do dzisiaj.

Wychodzi na to, że WSK-a to całkiem niezawodny sprzęt!

Tak, pod warunkiem, że wiesz, jak nią jeździć. Jak jedziesz pod górę i czujesz, że puchnie ci tłok, to nie możesz jej pałować. Choćbyś kręcił gazem do wyrwania przepustnicy to ona i tak szybciej nie pojedzie. Tego motocykla trzeba słuchać i o niego dbać. Jeśli będziesz to robił, to dojedziesz nim na koniec świata.

Okej, czyli ustaliliśmy już, że WSK 125 to bezdyskusyjnie prawdziwy motocykl wyprawowy. A jak przebiegała trasa? Jakie miałeś przygody?

Podróż przebiegała spokojnie, choć było kilka momentów, które mnie zirytowały. Raz w Finlandii zgubiłem portfel, później okazało się, że zostawiłem go na dystrybutorze. Całe szczęście jakiś Fin odniósł go do pobliskiej restauracji, więc przeczekałem noc na stacji benzynowej – strasznie padało, więc nie chciało mi się rozbijać namiotu – i z samego rana go odebrałem. Pamiętam też awarię w tunelu w Norwegii. To była jakaś pierdoła, wiedziałem że winna jest świeca zapłonowa, bo motocykl przestał gadać. Zatrzymał się jakiś Norweg, żeby mi pomóc, a skończyło się na tym, że wezwał policję, bo w tunelu nie można się zatrzymywać.

O, to faktycznie ci pomógł…

Dokładnie… Jednak policjantka, która przyjechała na miejsce okazała się pomocna i nie skończyło się wezwaniem pomocy drogowej, która kosztowała kilkaset euro. Wypchnąłem motocykl z tunelu – prawie kilometr pod górę – i szybko naprawiłem motocykl.

Miałeś jakieś niebezpieczne sytuacje na drodze? Pamiętam, że w Finlandii po zmroku musiałem pilnować się z reniferami, bo strasznie dużo ich tam chodziło lub spało na ciepłym asfalcie.

Nie, na szczęście nie. Tylko raz, jak wracałem już z Nordkappu, kierowca polskiego autobusu jechał mi na “zderzaku”. Widać było, że strasznie mu się spieszyło, czułem jego oddech na karku. Poza tą sytuacją, to kontakty z rodakami wspominam bardzo dobrze. Często oferowali mi nocleg i byli bardzo przyjacielsko nastawieni. Miałem ze sobą namiot i cały sprzęt biwakowy, ale w sumie to większość nocy spędziłem pod dachem u kogoś w gościach.

Okej, czyli sprzęt biwakowy rzadko się przydawał. A powiedź mi, czy zabrałeś ze sobą coś, z czym kompletnie przestrzeliłeś? I drugie pytanie – czego ci brakowało, o czym zapomniałeś?

Na pewno zabrałem zbyt dużo ubrań – miałem ze sobą komplet na dwa tygodnie! Było to o tyle bez sensu, że na większości stacji benzynowych są pralnie, których koszt to raptem kilka euro. Nie przydał się też kanister. Trasa, po której się poruszałem, była najeżona CPN-ami. Z rzeczy, których najbardziej mi brakowało to z pewnością ciepłe ubrania oraz buty i rękawice na zmianę. Momentami było tak zimno, że szło wystukać sobie zęby. W Skandynawii panowała typowo wakacyjna aura – temperatury wahające się od 0 do 15 stopni i ciągły deszcz… Całe szczęście miałem naprawdę dobry kombinezon przeciwdeszczowy. Przed wyruszeniem na kolejną wyprawę będę pamiętać o lepszych ubraniach, to na pewno!

Dobrze słyszeć, że planujesz kolejne wyprawy na WSK. Wiesz już jaki kierunek obierzesz?

Tak, mam parę wymarzonych miejsc, choć obecna sytuacja na świecie nie sprzyja planowaniu długich wypraw. Na pewno chcę pojechać na kilka tygodni na południe Europy, zacząć od Chorwacji i przedrzeć się przez całe Bałkany. Jednak moim największym marzeniem jest przejechać całą Syberię i dotrzeć do Władywostoku lub Magadanu. W tym temacie mam nawet zakład z kumplem, który kończy się za 7 lat. Stawka jest wysoka, więc mam motywację. Kolejny pomysł to podróż przez zachodnią Europę i zdobycie Gibraltaru. Jak widzisz, jest tego sporo.

A plany lokalne? Masz jakieś zastępcze plany, gdyby podróże zagraniczne były znowu wstrzymane?

W tym roku na pewno chcę pojechać na zimowy zlot motocyklowy w Bieszczady. Jeśli będzie to możliwe, to w zimie chcę zaliczyć również Elefantentreffen, ale to dopiero za rok, dwa lata. Aj, moje podróżnicze plany znowu wybiegają poza granice państwa…

Super! Trzymam kciuki, żeby to wypaliło. Na koniec powiedz mi, jak w Polsce i za granicą reagują na ciebie inni? W końcu stary motocykl na polskich blachach w Skandynawii musi robić niemałe wrażenie.

— Nie ukrywam, że na drodze WSK robi furorę. Często widzę, jak ktoś z samochodu bije brawo lub macha. Jeden koleś tak wczuł się w machanie przez okno samochodu, że gdyby nie kolega trzymający go za kamizelkę, to by wyleciał z auta na drogę. Wśród motocyklistów też budzę spore zainteresowanie. Oczywiście największe w Polsce. Zawsze ktoś podejdzie, zagada, a jak mu powiem, gdzie na niej byłem, to nie wierzy. Najbardziej bawi mnie to, jak kiedyś od kumpla usłyszałem, że w jego miasteczku podczas zlotu motocyklowego śpiewali o moim wyjeździe piosenki.

Nieźle, to na pewno byłby hit. Marcin, dzięki za rozmowę i mam nadzieję, że widzimy się już niebawem. Liczę na opowieści z kolejnych wypraw!

Dzięki i do zobaczenia!

Wiktor Karczewski

Moja przygoda z motocyklami zaczęła się klasycznie - od Ogara, przez WSK 125, do chińskiego skutera. Na WSK 125 zjeździłem pół Polski i Skandynawię, a na Chińczyku kręciłem się zimą po Bieszczadach i jesienią po Finlandii. Obecnie ujeżdżam polsko-chińską myśl techniczną, czyli Rometa SCMB 125. Doskonały motocykl do dojazdów do pracy ;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.